Wrocławskie anarchistki czyli seria wywiadów o życiu aktywistek (część 3.)

Wrocławskie anarchistki to cykl wywiadów z dziewczynami działającymi w grupach niehierarchicznych. Opowiadają w nich o swoich ideałach, walce o lepsze jutro i prywatnym życiu we Wrocławiu. Cykl pojawia się raz w miesiącu na łamach naszej strony wolnywroclaw.pl Miłej lektury!

 

Gabi: W ruchu anarchistycznym działasz naprawdę bardzo długo, czy pamiętasz mniej więcej kiedy, jak i gdzie wszystko się zaczęło?

 

Ela: Początki były w liceum. Razem z koleżanką z klasy chciałyśmy działać społecznie, ale nie w istniejących organizacjach lecz samodzielnie.

Najpierw założyłyśmy grupę “Bojownicy Światła” –  rozdawałyśmy ręcznie robione (!) ulotki antykapitalistyczne na głównej ulicy Sosnowca i Katowic. Trzymałyśmy się z punkami i dużo idei przenosiłyśmy z muzyki i zinów. Ponieważ byłyśmy ciekawe innych osób działających podobnie zinteresowałyśmy się Federacją Anarchistyczną i po paru miesiącach zorganizowałyśmy z kilkoma znajomymi zjazd i założyliśmy FAŚ. Mogliśmy działać samodzielnie, a jednocześnie byliśmy częścią ogólnopolskiego ruchu. Bardzo wspierała nas wtedy grupa częstochowska pojawiając się na naszych wydarzeniach czy dzieląc się materiałami. To były czasy gdy w ruchu społecznym – nie tylko anarchistycznym – nie było w Polsce właściwie nic i nikogo. Ci którzy kiedyś działali przestali lub wyjechali za granicę, wszystko trzeba było wymyślać na nowo w zupełnej pustce politycznej. Ruch pracowniczy raczkował, o ruchu lokatorskim mało kto w ogóle myślał, ruch obrony zwierząt zaczynał powoli działać. Na chwilę pojawili się Zieloni ale bardzo szybko okazało się, że po za sloganami nie wiele robią. Nie istniała jeszcze świadomość grup nieformalnych, lokalne społeczności nikogo nie interesowały. Nie było pojęcia grup społecznych – nikt ich nie chciał i nikt się z nimi nie liczył. Paskudny okres, ale jakoś przetrwaliśmy. Robiliśmy pikiety czasami dwa razy w miesiącu. Bez fejsbuka! Kleiliśmy plakaty, wysyłaliśmy zaproszenia esemesami, dzwoniliśmy do prasy. Mnóstwo pracy, której dzisiaj nie trzeba już robić, lub jest ona dużo łatwiejsza.

 

G: Te początki, o których mówisz miały miejsce mniej więcej w latach 2004-2008. Co dało wam stworzenie komórki Federacji Anarchistycznej na Śląsku, jakimi tematami się zajmowaliście? FAŚ działał głównie w Katowicach, ale sosnowiecka grupa “Bojownicy Światła”, poźniejsza “Apologia” działała przy sosnowieckim skłocie M9. Możesz opowiedzieć o ekipie z M9, było to bardzo ciekawe miejsce, prawdziwy skłot, których już teraz jest bardzo niewiele w Polsce?

 

E: Rzeczywiście M9 było skłotem gdzie mogliśmy robić wydarzenia i spotykać się. To było zeskłotowane kino, wielki, pusty budynek. Organizowaliśmy tam np. rozdawanie paczek żywnościowych dla potrzebujących, food not bombs. W tym czasie robiliśmy też sporo pikiet. W końcu przenieśliśmy spotkania do Katowic ze  względów komunikacyjnych. Były u nas osoby z całej aglomeracji i do Katowic było łatwiej wszystkim dotrzeć. Nie mieliśmy sprecyzowanej tematyki działalności. Trochę poruszaliśmy kwestie praw człowieka, praw pracowniczych, a także praw zwierząt. Chyba każdy szukał co go najbardziej interesuje, większość nas kończyła wtedy liceum czy technikum i wszyscy mieliśmy myśli wybiegające w przyszłość.

 

G: Jak znalazłaś się we Wrocławiu i co tutaj robisz?

 

E: Przyjechałam na studia, spodobało mi się miasto i zostałam. Zresztą tutaj się urodziłam, choć w dzieciństwie nie spędziłam tu dużo czasu. W tej chwili pracuję na świetlicy środowiskowej, prowadzę swoją fundację, działam w Akcji Lokatorskiej oraz prowadzę Wolną Bibliotekę.

 

G: Dużo tematów poruszyłaś: kwestie lokatorskie, skłoterskie, food not bombs itd. Jak jedna osoba może interesować się tym wszystkim i działać w tylu obszarach i jeszcze dodatkowo pracować?

 

E: Nie może <śmiech>. W końcu trzeba się skupić na mniejszym zakresie działalności. Dla mnie ważne są też przerwy w działalności aktywistycznej – w wakacje staram się nigdy nie udzielać, jedynie w zeszłym roku byłam w Obozie Dla Puszczy Białowieskiej. Weekendy spędzam na działce, grzebiąc w ziemi i trochę się relaksując. Trzeba umieć zrobić sobie przerwę, bo psychikę łatwo przeforsować, a problemy, z którymi się spotykam są nieraz poważne (zwłaszcza w Akcji Lokatorskiej). Zdecydowanie jestem długodystansowcem i nie specjalnie cieszą mnie akcje typu eventowego (pikiety czy kongresy), a raczej działania nastawione na budowanie trwałych wartości (dyżury biblioteczne, katalogowanie, prowadzenie strony lokatorskiej i ruchu lokatorskiego). Uważam, że to są podstawy. Natomiast zanim człowiek odnajdzie się w tym, zanim znajdzie swoje metody działania czy obszary, w których chce się poruszać, to czasem musi wiele spróbować. Muszę też dodać, że pracuję jedynie na pół etatu + prace dorywcze, więc nie narzekam na brak czasu.

 

G: Jak sobie radzisz we współczesnej rzeczywistości Polski, mając poglądy anarchistyczne? O co chodzi, według Ciebie, anarchistom z tą hierarchią?

 

E: Uważam, że żyjemy w czasach dosyć swobodnych jeśli chodzi o poglądy polityczne i osobiście nie mam z tym problemów. Hierarchia oczywiście bardzo ułatwia działanie – nie wymaga myślenia, decydowania i zarządzania, jeśli jest się na jej dole, dlatego czasami bardzo ją sobie cenię. W aktywizmie jest dla mnie nie do przyjęcia, nie potrafiłabym tylko wykonywać zadań, tak samo w związku czy ogólnie relacjach nieformalnych. W pracy natomiast czasami mi tego brakuje. Anarchiści starają się promować organizowanie się w sposób niehierarchiczny w wielu aspektach: od związków partnerskich, przez miejsca pracy aż do zarządzania całymi społecznościami. Powinna to być alternatywa dostępna każdemu, ponieważ gdy mamy wpływ na swoje działania odzyskujemy pewność siebie i świadomość, że podążamy w wybranym kierunku z własnej woli.

G: Dziękuję za wypowiedź!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*